Neuronauka w służbie edukacji?

Obraz dzięki uprzejmości: www.shutterstock.com

Kilka dni temu rozgorzała dyskusja dotycząca faktu, iż dr Marzena Żylińska, autorka książki “Neurodydaktyka. Nauczanie przyjazne mózgowi” dopuszcza się w swojej publikacji nadmiernych uproszczeń wyników badań z dziedziny neurobiologii, a także podaje w niej nieprawdziwe informacje. Treść listu Komitetu Neurobiologii PAN można przeczytać poniżej. 

Dr Żylińska nie omieszkała ustosunkować się do tych zarzutów [link]. Jej argumentacja opiera się na założeniu, iż książka służy przede wszystkim popularyzacji wiedzy wśród osób spoza środowisk akademickich (głównie nauczycieli), dla których język nauki jest zbyt hermetyczny, dlatego też należy trudne treści przedstawić w bardziej przystępnej formie.

Trudnym zadaniem jest budowanie pomostów między wynikami badań naukowych, szczególnie badań podstawowych, a praktyką i codziennością, z jaką zmagają się nauczyciele i pedagodzy pracujący w szkołach. Czy jednak mamy prawo do upowszechniania osiągnięć nauki, jednocześnie rezygnując z rzetelności przekazu? Kto miałby decydować o granicach upraszczania i naginania faktów?

Terminem neurodydaktyka określa się próbę wyciągnięcia z badań z dziedziny “neuro” wniosków praktycznych, dzięki którym można by poprawiać skuteczność metod dydaktycznych. Nie jest to odrębna dyscyplina naukowa, ponieważ na chwilę obecną nie wypracowała ona swoich metod badawczych, które pozwoliłyby na weryfkowanie stawianych hipotez oraz powtarzalność wyników badań. Równolegle wykluwa się też inny termin – neuroedukacja (educational neuroscience) , odnoszący się do działań podejmowanych we współpracy naukowców z dydaktykami w zakresie m. in. prowadzenia wspólnych badań naukowych. W ten sposób dba się np. o większą ekologię badań laboratoryjnych, dzięki czemu wnioski z takich badań mogą być w większym stopniu generalizowane na praktykę edukacyjną. Wydaje się, że termin “neuroedukacja” trafniej nazywa i definiuje to, co powierzchownie kojarzone jest z neurodydaktyką. Innymi słowy, neuroedukacja jest próbą utworzenia interdyscyplinarnej dziedziny nauki, w wyniku której powstawałaby wiedza racjonalna. Neurodydaktyka jest zaś próbą upowszechniania tej wiedzy, co sprzyja wyciąganiu zbyt dalekoidących wniosków oraz tworzeniu uproszczeń.

Dyskusja wywołana krytyką książki zwróciła uwagę m. in. na konieczność weryfikacji kompetencji osób zajmujących się neurodydaktyką oraz na rzetelność publikowanych przez nich treści. O wiarygodność wiedzy naukowej dba się poprzez: (na poziomie badań) przeprowadzanie replikowalnych eksperymentów w kontrolowanych warunkach oraz (na poziomie publikacji) recenzowanie artykułów przez osoby specjalizujące się w danej dziedzinie. Osoby zajmujące się nauką potrafią odróżnić badania podstawowe (które z założenia nie mogą mieć wartości praktycznej) od badań aplikacyjnych. Skoro autorzy tych pierwszych nie dopuszczają się wyciągania wniosków praktycznych, to czy mogą to uczynić osoby niepracujące naukowo?

Pozostawiając poprzednie pytanie retorycznym, chcemy też popatrzeć na problem oczami praktyków. Czy zatem w obliczu powyżej opisanych trudności należy rezygnować z prób wykorzystania wiedzy naukowej w celu tworzenia lepszych metod nauczania? Dzisiaj już chyba nikogo nie należy przekonywać, iż obecny system edukacji wymaga gruntownych zmian. Idealnym rozwiązaniem byłaby sytuacja, w której autorzy reform, nauczyciele pracujący w szkołach i naukowcy wspólnie wypracowaliby rozwiązania systemowe. Z pewnością nie jest to łatwe, co widzimy na przykładzie dyskusji wokół książki dr Żylińskiej. Mimo to uważamy, że warto podejmować wysiłki skierowane na budowanie rozwiązań dla systemu edukacji opartych o wyniki badań neuronauki. Z pewnością też jesteśmy dopiero na początku tej wspólnej drogi, i bardzo dobrze się dzieje, że już od początku podejmowane są takie dyskusje, które uświadamiają nam, na jaki rodzaj zagrożeń należy się przygotować, i z jaką dbałością należy podchodzić do kwestii budowania mostów między wiedzą naukową a konstruktywnymi wnioskami aplikacyjnymi. Ostatecznie wszystkim nam powinno zależeć na tym, aby jakość systemu kształcenia w naszym kraju była coraz lepsza.

Homo homini consulere debet.